Castor 4228

CASTOR 4228 m 1-3.05.09r

Moj pierwszy 4 tysieczny szczyt Castor w alpach Penninskich. Zdobyty zostal w skladzie: Ja, Tomek J. i Krzysiek S. Lezy on na granicy Szwajcarsko - Wloskiej. Z obu krajow mozna dosc latwo zdobyc szczyt. My wybralismy wariant normalny od strony Wloskiej.


Byl cieply i sloneczny dzien. Wyruszylismy z paro godzinnym opoznieniem, co pozniej dalo nam niezle w kosc, przy torowaniu w juz bardzo rozmieklym sniegu. Przed poludniem z miejscowsci Gressoney-la Trinite znajdujacej sie w regionie Valle d'Aosta na wysokosci prawie 1700 m n.p.m. Juz od samego poczatku naszej wyprawy dreptalismy dzielnie po sniegu. Szlismy zgodnie z planem lewa strona rzeki T. Lys. Po niespelna 5 min. marszu zatrzymala nas grupka wloskich ratownikow, od ktorych dowiedzielismy sie, ze lezaca tuz przed nami wielka lawina siegajaca prawie brzegow rzeki, spadla zaledwie godzinke temu. Ufff! Poniewaz bylo ryzyko, iz w kazdej chwili mogly spasc kolejne lawiny (od jednej nawet pozniej uciekalismy), zdecydowalismy sie pojsc druga strona rzeki. I tak przeszlismy z glowami uniesionymi w gore, posziwiajac okoliczne zbocza i szczyty. Jeszcze idac wzdluz rzeki co jakis czas ktorys z nas zapadal sie delikatnie w sniegu. Ale juz po zdobyciu pierwszych wysokosci, coraz czesciej zapadalismy sie po wyzej kolan. W ten sposob prawie od samego poczatku wykonywana byla najbardziej ukochana czynnosc alpinistow, czyli torowanie!!!



Po paro godzinnej i zmudnej wspinaczce a moze lepiej okreslic brodzeniu snieznemu, morale zespolu szybko podupadly z wycienczenia. Mielismy nawet zamiar zejscia na dol nastepnego dnia. Jednak mimo zmeczenia nadal kontynuowalismy wspinaczke, a poniewaz wyprawe zaczelismy z opoznieniem musielismy napierac w gore na maxa, aby jak najwyzej rozbic namiot. Dopiero na wysokosci powyzej 2300 m, idac juz pod wyciagiem narciarskim Battaforca, ujrzelismy pierwszych ludzi. Byli to usmiechnieci, wloscy narciarze. Patrzac na nas nie ukrywali swojego zdziwienia. Trojka Polakow z wielkimi plecakami, ktora posuwala sie do przodu w zolwim tempie, tzn. 5 krokow na minute i kolejna minuta odpoczynku. Jeden z narciarzy ochoczo podjechal do nas z zapytaniem o cel naszej wspinaczki. Uslyszawszy w odpowiedzi, ze idziemy na szczyt Castora, stwierdzil z nutka watpliwosci i niedowierzania w nasze mozliwosci, ze bez nart, nie mamy zadnych szans i ze powyzej 3000m jest dwa razy wiecej sniegu! Hmm? Podwyzszyl nasze morale.



Na wysokosci ok. 2600 m pod stacja koncowa kolejki, choc wyczerpani to ochoczo rozbilismy namioty. Po dosc szybkim zalozeniu biwaku, zostala nam najprzyjemniejsza w takich chwilach rzecz do wykonania, czyli przygotowanie cieplych posilkow. Kladac sie do spania postanowilem spac w mokrych butach, aby sprawdzic czy do rana wyschna. Tomek swoje buty a takze skarpety postanowil podsuszyc przy palniku gazowym. Niestety, jeden but zaczal sie topic na wysokosci kostki, co pozniej poskutkowalo nieprzyjemnymi obtarciami. Z kolei najbardziej doswiadczony Krzysiek zostawil swoje obuwie przed namiotem. Niestety z rana musial wykonac 10 minutowa walke, by wlozyc stope do calkowicie zamarznietego buta. Moje, no coz, prawie wyschly calkowicie i poza niewygodnym spaniem z powodu malego spiwora z rana bez wieczornych ceregieli, przyjemnie bylo wyjsc z namiotu w suchych i cieplych butach.


Nastepnego dnia wstajemy wczesnie rano i jak najszybciej wyruszamy, aby jak najdluzej skorzystac z zamarznietego sniegu. Sniezne gotowanko na ciepla herbatke, pakowanko i w droge. Namioty i zbedny ciezar zostawiamy w naszym obozie i idziemy na lekko. Mielismy dojsc do schroniska Quintino Sella na 3585 m, a poniewaz nie wiedzielismy czy jest ono otwarte czy nie, w przypadku zamkniecia przewidywany byl powrot do obozu. Ale ja mialem troszke inne plany...


Wyruszylismy okolo godziny 4 rano. Lzejsze plecaki i zmarzniety snieg znacznie ulatwily nam dalsza wyprawe. Jak sie juz na dobre rozjasnilo, wyszedlem na prowadzenie i zaczalem isc w miare moich sil a odpoczynki robilem jedynie po to by nabrac oddechu. Krzysiek i Tomek juz mieli swoje 4 tysieczniki. U mnie to byla druga proba i w przypadku zamknietego schroniska, wiedzac, ze pogoda bedzie stabilna, zamierzalem przeprowadzic atak na szczyt i w ten sam dzien zejsc do obozu. To byly wlasnie moje ukryte i extremalne jak na tamte czasy plany.


Szybkie podchodzenie w gore i pierwszy raz w zyciu bedac na 3500 m poczulem piekny efekt wysokosciowy. Nawet bez wiekszego wysilku zaczelo mi brakowac tlenu, przez co musialem stawac i szybko oddychac pelnymi plucami. Na tej wysokosci rowniez zaczyna sie oporeczowana i eksponowana gran, idaca wprost do schroniska. Idac po niej wolniej i podziwiajac piekne przepascie z obu stron, efekt wysokosciowy po 10 min juz nie doskwieral i na tej wyprawie juz nie powrocil.



Po przejsciu grani ukazalo sie schronisko i radosc z ujrzenia otwartych do niego drzwi. Mimo iz bylo dopiero pare minut po godzinie 10 i prawie 6 godz. podejscia, przyjemnie bylo spedzic reszte slonecznego dnia w schronisku przy lampce wloskiego winka, anizeli krotki odpoczynek i atak na szczyt, gdzie po paru godzinach z pewnoscia skonczyloby sie brodzeniem w sniegu! W schronisku dowiedzielismy sie, ze jestesmy w tym roku pierwszymi osobami, ktore weszly tu w rakach z dolu, gdzie gospodarz z kwitowal to wejsciem zimowym.

Kolejnego ranka wyruszylismy na szczyt o tej samej porze co dzien wczesniej. Tym razem bylismy wypoczeci i minimalnie zaaklimatyzowani. Juz po wyjsciu ze schroniska zauwazylem cos przepieknego. Cale zycie aby podziwiac te male slicznotki musialem patrzec w gore. A tu, patrze przed siebie i widze swiecace sie na horyzoncie gwiazdy. Po kilunastu minutach od wyruszenia ze schroniska zaczal doskwierac 10 stopniowy mroz, ktory utrzymywal sie do wejscia na sam szczyt.

Przy niezlej juz widocznosci docieramy pod stroma sciane sniezna, prowadzaca na przelecz Felikjoch 4061 M, skad juz przy wschodzie slonca, udajemy sie na lewo po szerokiiej grani na szczyt. I z tym ciagle doskwierajacym mrozem, z powodu ktorego nikomu niechce sie zdejmowac rekawiczek by zrobic zdjecia. W moim przypadku po pol minucie od zdjecia rekawiczek czulem juz przenikliwy bol palcow.

Przy pieknej widocznosci 3 maja o godz. 6:38 jako pierwszy w tym roku zespol (alpinistyczny nie sky torowy) zdobywamy szczyt Castor.

Powyzej na szczycie Castora kolejno od lewej: Krzysiek, Tomek i ja .



...


Ja :)

Zwycieski odpoczynek i opalanie w schronisku z pieskiem Ciacia.

I ta radosc nie do opisania...

Brak komentarzy: